wtorek, 29 stycznia 2019

Od Rosalie do Maxa

Bardzo się stresowałam przyjazdem do Akademii. Mimo zapewnień Ricka że wszystko będzie dobrze, ręce trzęsły mi się na myśl przebywania w nowym, kompletnie mi nie znanym miejscu. 
- To był bardzo zły pomysł, zawróćmy. - szepnęłam cicho, chowając głowę w materiale czarnego golfa. Kierowca, a raczej mój brat bo to on zaoferował się że mnie zawiezie, posłał mi znudzone spojrzenie.
- Będzie dobrze, zaufaj mi. - uśmiechnął się lekko. Powtarzał mi to kolejny raz, lecz ja nadal czułam wewnętrzny niepokój.
- Ale jeśli ktoś mnie nie polubi!? Albo wyśmieje? - w mojej głowie pojawiały się coraz to gorsze scenariusze.
- Przesadzasz. Ciebie się nie da nie lubić. - zaśmiał się w odpowiedzi.
- Mówisz tak by mi nie było przykro. - wywróciłam oczami.
- Nie, mówię tak bo jestem twoim bratem i cię kocham. A skoro ja tak mówię, to tak jest. Naprawdę nie masz czym się martwić. - puścił mi oczko, na co lekko się uśmiechnęłam. Od zawsze wiedział jak poprawić mi humor, odrobinę sprawił że się uspokoiłam.
Sięgnęłam po kawę, którą kupiliśmy niedawno w Macu po czym wypiłam mały łyk. Wciąż była przyjemnie ciepła, jednak nie gorąca. Po jakiś trzech minutach minęliśmy bramę akademii i byliśmy już przy budynku.
- Gotowa? - uśmiechnął się Rick. Pokiwałam przecząco głową, zaciskając palce na plastikowym kubku. Zaśmiał się jedynie i oznajmił że zajmie się moją rejestracją i odprowadzi Fido do jej boksu, za to ja mogę się spokojnie rozejrzeć po czym wyszedł z auta. Westchnęłam głośno, założyłam kurtkę, narzuciłam szalik na szyję i wyszłam z samochodu. Sama akademia nie wyglądała jakoś strasznie, mogłabym wręcz stwierdzić że była prześliczna. Do tego wszechobecny śnieg, dodawał nie małego uroku. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem, zaczęłam iść przed siebie z grubsza rejestrując otaczające mnie rzeczy. Minęłam róg jakiegoś budynku, gdy nagle z czymś, a raczej z kimś się zderzyłam. Nie przewidziałam upadku, dlatego wystarczył moment bym upadła na ziemię i rozlała kawę wprost na golf i szare jeansy.
- Super rozpoczęcie pierwszego dnia w akademii. - westchnęłam oceniając straty, jeansy nie wyglądały najgorzej, bluzka w sumie też jednak byłam okropnie wściekła. Wliczając w to jeszcze wyrzucone pieniądze w kawę i mnie całą w śniegu. Przeniosłam wzrok na sprawcę wypadku, okazał się nim niebrzydki, wysoki brunet, o brązowych oczach. Podniosłam się z ziemi, jednocześnie otrzepując się z śniegu. Nieznajomy przyglądał mi się w milczeniu, jakby z lekka się uśmiechając. Zmierzyłam go zabójczym spojrzeniem.
- Miło by mi było gdybyś przeprosił. - zmusiłam się do krzywego uśmiechu.

Maxiu? xD

sobota, 26 stycznia 2019

Od Peggy cd. Max'a

Brunet westchnął i pokiwał głową. Od razu się ożywiłam. Wreszcie będę miała znajomych w szkole.
- Jestem Peggy Collins, a ty?
- Maximilian Cavendish - odparł, po czym wyprowadził Silvera z boksu i wyszedł z nim ze stajni.
Aha, czyli kompletnie go nie obchodzę, tak? Mógł chociaż chwilę postać i pogadać.
- Wzięłaś ze sobą jakiegoś konia? - spytał nagle tata.
Zdezorientowana przeczesałam włosy i uśmiechnęłam się do niego.
- Tak, jedną z klaczy mamy. - odparłam i podeszłam do boksu mojej Pyśki, która z zaciekawieniem przyglądała się przybyszom. - To ona, Grande Montagne.
Eric pogłaskał ją po szyi. Grande położyła uszy i cofnęła się.
- Nie lubi obcych, więc radzę uważać - wyjaśniłam. - Właściwie gdybyś przyszedł tu beze mnie, to mógłbyś być pozbawiony palca.
Roześmialiśmy się.
- Bedziemy już jechać - powiedział tata.
- Krótko byliście - poskarżyłam się.
- Jestem umówiony, a tata mnie musi zawieźć - odparł Eric.
- Uuu, a z kim? - spytałam, uśmiechając się do niego szyderczo.
- Później pogadamy przez telefon, ok?
- Jasne, jasne. No to... cześć!
- Nie odprowadzisz nas do auta?
Przygryzłam wargę. Właściwie to chciałam, ale postanowiłam jakoś się zapoznać z nowym chłopakiem.
- Mam coś do zrobienia.
- W takim razie, do zobaczenia! - powiedział tata.
Pomachałam im.
Grande trąciła mnie pyskiem w bok. Poklepałam ją po szyi.
- Później pojeździmy, prawda?
Parsknęła zadowolona i spuściła łeb. Odwróciłam się na pięcie i wyszłam ze stajni.
Chłopak wcześniej mi uciekł, ale wiedziałam, że tym razem mu się to nie uda. Pod warunkiem, że go odnajdę.
Po paru minutach znalazłam go wchodzącego na halę.
- Co ty taki małomówny? - zapytałam, przyspieszając kroku, aby się z nim zrównać.
Spojrzał na mnie i prychnął. Najwidoczniej nadal nie miał zamiaru ze mną gadać.
Czy mnie to coś obchodziło? Oczywiście, że nie.
- Ja, małomówny? Skarbie, jakbym chciał, mógłbym gadać cały czas. Mam jednak wrażenie, że tego nie chcesz - zakończył.
Dopiero teraz, kiedy przyjrzałam się jego twarzy, zauważyłam, że jest starszy ode mnie, a może nawet od Erica.
- Nie znasz mnie, skąd więc możesz wiedzieć, czego chcę?
- Z własnych doświadczeń - warknął.
- A co, jeśli jestem inna?
Przewrócił oczami, a ja uśmiechnęłam się. Uwielbiałam dręczyć ludzi swoimi pytaniami.
- Posłuchaj - powiedział zdenerwowany. - Czy mogę mieć trochę spokoju? Chciałem pojeździć.
Uniosłam brew. Chwilę wpatrywałam się w bruneta, po czym odeszłam.
Nie chciałam mu przeszkadzać w jeździe, a poza tym miałam się zająć Grande.
- Cześć, mała - powiedziałam, podchodząc do niej. Miałam gdzieś jej wielkość, która nijak się miała z tym, co powiedziałam.
Chciałam sobie dzisiaj wyjechać w teren, ale deszcz ze śniegiem nie był najlepszy do tego typu wycieczek. Z tej mieszanki powstało błoto, na którym Grande mogłaby się nieźle wypieprzyć.
W związku z tym odpadała też jazda na odkrytej ujeżdżalni, byłam skazana na halę.
Okej, więc jednak będę miała okazję mu przeszkadzać.
Szybko wyczyściłam i osiodłałam klacz, a następnie zaprowadziłam ją na halę.
Max kłusował właśnie na Silverze.  Udawał, że mnie nie zauważył. Ja w tym czasie dociągnęłam popręg i wsiadłam na moją Księżniczkę.

Max? ÷)

niedziela, 20 stycznia 2019

Od Max'a cd. Peggy

Pierwsze trzy dni w akademii minęły mi wyjątkowo szybko i zgrabnie. Nie miałem do niej żadnych zastrzeżeń. Wymagający, lecz mili nauczyciele i opiekunka internatu dali mi trochę czasu na zadomowienie się, jednak nie było go dużo. Już w pierwszym tygodniu, zalała mnie fala egzaminów, które miały sprawdzić, na jakim poziomie jestem, tak samo było z jazdą konną. Na moje szczęście, przydzielono mnie do grupy zaawansowanej. Zaprzyjaźniłem się z koniem, którego wybrałem pod opiekę, jakim był Dreams of Silver. Dobrze się składa, upodobał sobie ujeżdżenie, tak samo, jak ja! Treningi grupowe, na nim, miały się zacząć dopiero w poniedziałek, do tego czasu miałem prywatne lekcje z Violet Thompson – kobieta chciała, bym na początku zobaczył, jak wyglądają treningi, w akademii.
Zdjąłem z wieszaka ogłowie Silvera, po czym położyłem je na siodło. Z całym ekwipunkiem wałacha, wyszedłem z siodlarni i ruszyłem długim korytarzem, w stronę jego boksu. Dzisiejszego dnia, miałem w planach pojechać z nim na ujeżdżalnię, by poćwiczyć skoki. Koń miał większość figur ujeżdżeniowych we krwi, więc chciałem doszlifować jego umiejętności w skakaniu przez drągi. A w końcu, skakałem na nim tylko raz i to podczas jazdy egzaminacyjnej!
Ułożyłem sprzęt, na przeznaczonym do tęgo wysięgniku i zacmokałem, chcąc zwrócić uwagę konia. Ten w net odwrócił łeb w moją stronę, po chwili obwąchując moją dłoń i trącając ją nosem. Czyżby szukał smakołyków?
- Rudy, też się cieszę, że cię widzę! - rzuciłem na przywitanie. - Ale coś dobrego dostaniesz później, Mon Amour, dobrze?
Dreams of Silver przechylił łeb w bok, jakby doskonale rozumiał, co się do niego mówi. Nie zwracając na to zbyt dużej uwagi, zdjąłem z haczyka, przymocowanego do drzwiczek boksu, zielony kantar i czarny uwiąz, po czym wszedłem do boksu konia. Bez zastanowienia założyłem mu kantar, podpiąłem kawałek linki i przywiązałem do krat boksu. Złapałem za szczotki i rozpocząłem jego czyszczenie, od usunięcia zaklejek z jego sierści, plastikowym zgrzebłem. Silver nie był zbyt brudny, więc szybko się z tym uwinąłem. Tak samo szybko poszło mi z wyczyszczeniem jego kończyn, usunięcia zbędnego kurzu z ciała i wyczyszczenia kopyt z kamyczków i brudu. Następnie wziąłem się za rozczesanie jego ogona i grzywy. Ze średniej długości grzywy Kasztana, zrobiłem urocze koreczki. Koń przez cały czas stał spokojnie, jakby wiedział, że mam ochotę jak najszybciej znaleźć się na hali. A może, on również chciał już poskakać?
- Siodłamy się? - spytałem się wałacha, gdy skończyłem go czyścić. - Tak? Dobra.
Korzystając z tego, że przywiązałem wierzchowca, na początku go osiodłałem. Na jego grzbiet nałożyłem granatowy czaprak, podkładkę-misia, a na koniec, wykonane z czarnej skóry, siodło. Z nałożeniem tych rzeczy nie było problemu, jednak ten pojawił się, gdy podpinałem popręg wierzchowcowi. Jak widać, niechcący go uszczypnąłem, co poprowadziło, do niezbyt przyjemnej wymiany spojrzeń i próby ugryzienia mnie w ramie. Z okiełznaniem go nie było problemu, Silver bez problemu przyjął wędzidło i dał zapiąć wszystkie paski. Przywiązałem go uwiązem do krat boksu i wyszedłem, by założyć kask i rękawiczki. W tym samym czasie, do stajni weszła jakaś dziewczyna i dwaj mężczyźni, pewnie ojciec i ktoś jeszcze. Niezbyt się nimi przejmowałem, zająłem się Dreams of Silver. Gdy założyłam rękawiczki i nakrycie głowy, odwróciłem się w jego stronę i pogłaskałem po łbie. Koń przymknął lekko oczy jakby zadowolony z pieszczot.
Stety, niestety, pieszczoty wierzchowca zakończyły się, gdy odezwał się do mnie osobnik, osobnik płci żeńskiej.
- O. Hej… Jesteś tu nowy?
Westchnąłem cicho i pokiwałem głową. Nie miałem zbyt dużej ochoty na rozmowę, tym bardziej z płcią przeciwną. Gdy nieznajoma przedstawiła się i spytała się mnie, jak mam na imię, ja wyjawiłem jej tę tajemnicę, pożegnałem się i pognałem czym prędzej, oczywiście, wraz z koniem, na halę. Czułem na sobie wzrok brunetki, która gdy już miałem wchodzić na halę, ni z tąd, ni z owąd, znalazła się obok mnie.
- Co ty taki małomówny? - spytała się.
Prychnąłem.
- Ja, małomówny? Skarbie, jakbym chciał, mógłbym gadać cały czas. Mam jednak wrażenie, że tego nie chcesz.

Peggy? c:

Rosalie i Fiducia!

A oto nasi kolejni członkowie - Rosalie Morgan wraz z jej klaczą Fiducią! 

         
Formularze:
(klik)
(klik)

~ Mokuś

Maximilian!

Powitajmy ciepło Maximiliana Cavendish'a! Maximilian postanowił zaopiekować się koniem Dreams of Silver.


Formularz: klik

~ Moka

sobota, 19 stycznia 2019

Od Peggy do Max'a

Przeciągnęłam się w łóżku. Dopiero po chwili dotarła do mnie informacja gdzieś z mózgu, że dzisiaj sobota. Dzień dla mnie, kiedy mam trochę więcej czasu wolnego, kiedy sama mogę sobie zaplanować treningi i kiedy nie muszę iść na te zanudzające lekcje z panem Smith. Byłam w ASP dopiero od tygodnia, a już zdążyłam go dobrze poznać.
Chwila, właśnie! Dzisiaj mam tygodnicę bytu w Akademii.
W pokoju było strasznie zimno. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na kaloryfer. Przypomniałam sobie, że przecież dokręcałam go dzień wcześniej. Okazało się jednak, że coś się spsuło.
Byłam więc skazana na spędzenie poranka, chodząc owinięta kocem.
Poczułam, jak mój organizm domaga się kawy. Przewróciłam oczami i poszłam do kuchni zrobić sobie moccachino - mój ulubiony napój. Wybrałam szeroki, jasnoróżowy kubek. Podgrzałam mleko, zrobiłam kawę z mojego małego ekspresu i wsypałam odrobinę czekolady w proszku. Na górę dałam sobie bitą śmietanę i posypałam to wszystko kakao.
Wyglądało to tak cudownie, że zanim zaczęłam koić swój język, to zrobiłam zdjęcie i wysłałam do mojego brata, Erica. Następnie rzuciłam się na gorący napój. Usiadłam z kubkiem na łóżku i zaczęłam przeglądać internet. Nagle przyszedł do mnie MMS. Jak się okazało, Eric pił sobie właśnie herbatę, w samochodzie, z termosu. Hmm... Pod względem tego, co się pije rano, zawsze się kłóciliśmy. Zastanawiało mnie tylko, gdzie on jedzie o siódmej rano.
Po chwili stwierdziłam, że muszę też coś zjeść. Po dziesięciu minutach łażenia po pokoju wreszcie zdecydowałam się na jogurt "7 zbóż". Nie najlepsze śniadanie, ale nie miałam innego pomysłu. Wzięłam plastikowy kubeczek i łyżeczkę i ponownie usiadłam na łóżku. Wszystko robiłam na tym meblu, było to moje królestwo. Po zjedzeniu tego "ogromnego śniadania" umyłam zęby, a potem ubrałam szare dżinsy i czarny sweter. Odrzuciłam koc na łóżko i usiadłam na nim. Dopadła mnie nuda, a nie chciało mi się wychodzić z pokoju. I tak nie miałam co robić. Tęskniłam za ludźmi. Spojrzałam przez okno. Rozciągał się tam piękny widok na parking i budynek , w którym odbywały się lekcje. Mój wzrok zatrzymał się jednak na tym pierwszym miejscu. Zauważyłam tam...
No nie, niemożliwe!
Szybko ubrałam kurtkę i wybiegłam na parking.
- Eric! - krzyknęłam.
Przytuliliśmy się. Nie widziałam go od roku, a byliśmy od siebie uzależnieni. Tylko SMS-y jakoś nas trzymały w duchu.
Stanęłam przed tatą. Jego też dawno nie widziałam.
Kiedy on się wreszcie ruszy?
- No weź - powiedziałam i przytuliłam go.
- To może pokażesz nam cały kampus? - zapytał.
- Cały... On jest ogromny! Mogę wam pokazać tylko internat i stajnię.
- Prowadź - odparł ojciec.
Ruszyłam w kierunku internatu, a chłopcy poszli za mną.
Pani Suz spojrzała na mnie pytająco.
- To jest mój tata i mój brat - wyjaśniłam. - Chciałam im pokazać mój pokój.
Uśmiechnęła się.
- W porządku. Dzień dobry.
Weszliśmy po schodach na drugie piętro.
- Tutaj - powiedziałam i otworzyłam drzwi.
Obaj rozejrzeli się po pokoju.
- No, nawet udało ci się utrzymać porządek - powiedział tata.
Westchnęłam.
- Nooo... Dobra, może chodźmy do stajni - powiedziałam zniecierpliwiona.
Eric roześmiał się.
- Skuteczne wyjście z sytuacji - skomentował.
Objął mnie ramieniem. Wyszliśmy w milczeniu z internatu.
- Jak tam mama? - spytał nagle tata.
Wiedziałam, że kiedyś próbował do niej wrócić, ale teraz już stracił nadzieje. Nadal go jednak interesowała. Nie cierpiłam, kiedy zadawał takie pytania.
- Umm... Okay - odparłam. Nie chciałam, aby ta rozmowa potoczyła się w złym kierunku. Zawsze próbowałam ich jakoś pogodzić i zdecydowałam, że nadal będę się tego trzymać.
Tata pokiwał powoli głową.
- To znaczy?...
Przewróciłam oczami.
- O jeju, jeśli tak bardzo cię to interesuje, to z mamą wszystko w porządku. Nadal trenuje i nadal wygrywa - odparłam.
- Świetnie, ale mogłaś to normalnie powiedzieć.
- Wiesz, że nie mogłam!
- Przestańcie... - wtrącił się Eric.
Westchnęłam.
Znaleźliśmy się właśnie przed stajnią. Ku mojemu zdziwieniu, dochodziły stamtąd jakieś odgłosy. Pewnie stajenni działają, pomyślałam.
Kiedy jednak weszliśmy do środka, okazało się, że nie do końca jest tak jak myślałam.
Przy boksie Dreams of Silver, jednego z koni Akademii, stał jakiś wysoki brunet.
- O - wyrwało mi się. - Hej... Jesteś tu nowy?

Max? :P

Od Peggy - Poniedziałek #2

No, to połowa dnia już za mną. Połowa, a czułam się, jakbym nie spała przez trzy dni. Naprawdę okropnie jest mieć indywidualne lekcje. Oczywiście, to w pewnym sensie zgodne z zasadami mojego życia, ale nie jestem przyzwyczajona do takiej pustki w klasie.
Po lekcjach zjadłam obiad, odpoczęłam trochę i musiałam znów iść na trening. Na szczęście w niektóre dni miałam tylko jedną jazdę z panią Thomson. Chociaż tyle.
- Idziesz na trening? - usłyszałam za sobą, wychodząc.
To pani Suz.
- Tak, a co? - odparłam.
Opiekunka uśmiechnęła się. 
- Nic, mam tylko dla ciebie informacje. Niedługo dołączą tu dwie nowe osoby.
- No wreszcie - powiedziałam i skierowałam się do stajni. 
Idąc, pomyślałam, że w sumie to pewnie stanę się popularna, bo jestem pierwszą uczennicą w ASP. To przecież taki wielki zaszczyt.
- Heeej - powiedziałam do klaczy i dałam jej marchewkę, którą wcześniej wyjęłam z lodówki. - Musimy znowu iść na trening. Masakra, no nie?
Pysia parsknęła i machnęła głową. Znowu to dziwne wrażenie: czy ona wszystko rozumie?
- Lecę po szczoty.
Zamknęłam boks i poszłam do siodlarni. Wzięłam swoją niebieską skrzynkę i wróciłam do klaczy.
Czyszczenie i siodłanie poszło mi bardzo łatwo i szybko. Zauważyłam, że z czasem Grande coraz bardziej mi ufa i lepiej ze mną współpracuje. Nie miała już problemu z podawaniem mi kopyt i nie próbowała mnie podskubywać, kiedy czyściłam ją po brzuchu - miała tam łaskotki.
- No to chodź - odparłam. Założyłam kask i zaprowadziłam ją na ujeżdżalnię.
Rozpoczęłyśmy rozgrzewkę. Zapowiadał się nam trening crossowy, więc musiałam porządnie rozgrzać klacz. Po spokojnym stępie i kłusie ruszyłam galopem i zaczęłam robić wolty. Następnie najechałam na cavaletti. Grandzia przejechała konstrukcję bez problemu. 
Dziesięć minut później w drzwiach ujrzałam instruktorkę z Wind'em. 
- Dzień dobry - powiedziałam od razu.
- Witaj. Gotowa na trening crossowy?
- Ja zawsze jestem gotowa na wszystko - odparłam.
- Hm, nie byłabym taka pewna - powiedziała pani Thomson i uśmiechnęła się. - Jedziemy.
Jeszcze nie widziałam toru crossowego Akademii, więc z ekscytacją wyjechałam z hali. Na szczęście dzisiaj było dosyć sucho, więc nie było żadnych problemów, typu ślizganie się. 
- Oto nasz tor crossowy. Przeszkody są zmieniane co tydzień, w sobotę rano, więc nigdy nie przyjeżdżaj tu przed dziesiątą.
Kiwnęłam głową i rozejrzałam się. Tor był naprawdę duży. Grande tupnęła kopytem zniecierpliwiona. 
Wyczuwałam w niej energię.
Trochę za dużo energii.
- Stań tutaj, na tym wolnym kawałku - powiedziała instruktorka, wskazując mi miejsce z boku. - Pokażę ci, jak przejechać ten tor, a następnie sama spróbujesz.
- Ok - odparłam i stanęłam z Grande na wyznaczonym miejscu.
Kiedy pani Thomson jechała, uważnie przyglądałam się, gdzie po kolei jedzie. Naliczyłam czternaście przeszkód. Nie było ich dużo, ale były trudne. Wiedziałam, że będę musiała uważać przy bankiecie, bo Grande nigdy nie lubiła na niego wskakiwać. Zauważyłam też dwa coffiny. 
- Teraz twoja kolej - usłyszałam nagle.
Pokiwałam głową i popędziłam klacz do galopu. Ruszyła prawie cwałem, więc musiałam zrobić dwie wolty. Klacz zwolniła.
Pojechałyśmy na pierwszą hydrę, którą Grande pokonała bez problemu. Kilka fouli dalej czekała na nas następna, która także wyszła nam bezbłędnie. Następną przeszkodą był oxer z dwóch kłód, które były ustawione dosyć daleko od siebie. Wiedziałam, że ta przeszkoda jest niebezpieczna, więc zachowałam większą ostrożność. Na szczęście nic nam się nie stało. Ruszyłyśmy nieco szybciej na szwed. Grande z każdą foulą wydawała z siebie ciche parsknięcie; uwielbiałam to. W odpowiednim momencie wybiła się w powietrze i przeskoczyła kłodę z rowem. Następny był jeden z coffin'ów. Miałam złe skojarzenia z tą przeszkodą, ponieważ kiedyś skakałam ją na kucyku, który wskoczył do rowu znajdującego się w środku i przewrócił się razem ze mną. Na szczęście tym razem nie wydarzyło się nic podobnego, Grande pięknie się wyciągnęła. Przed nami ukazał się bankiet. Przycisnęłam łydki do boków klaczy, ale niestety nic to nie dało. Tuż przed podwyższeniem zatrzymała się. Zrobiłam z nią dosyć dużą woltę i najechałam na przeszkodę jeszcze raz. Tym razem się udało.
- Super! - usłyszałam z drugiego końca ogromnego terenu. Uśmiechnęłam się i pokonałam resztę toru, już bez żadnych wyłamań.
Podjechałam do instruktorki.
- Jesteś świetna z crossu. Rano popisałaś się z ujeżdżenia, ale myliłam się, myśląc, że to twoja najlepsza strona. Teraz już wiem, że jest nią cross i podejrzewam, że również skoki.
Uśmiechnęłam się.
- Podoba mi się to, że dobrze wiesz, kiedy zwolnić, a kiedy przyspieszyć konia. A poza tym, Grande pięknie skacze - dodała pani Thomson.
- Pięknie, księżniczko - powiedziałam, głaszcząc klacz po szyi. - Dziękuję - dodałam, zwracając się do instruktorki.
- Teraz spróbuj pokonać ten tor od tyłu.
Przyjęłam wyzwanie i ponownie ruszyłam galopem. Z bankietu, na który trzeba było wcześniej wskoczyć, teraz musiałyśmy zeskoczyć. Z tym nie było żadnego problemu. Również reszta przeszkód poszła nam wręcz idealnie. 
- Jeszcze raz gratuluję, myślę że wkrótce czekają cię zawody z WKKW - powiedziała instruktorka.
- Chętnie - odparłam i uśmiechnęłam się.
Byłam dumna z siebie i klaczy. Jeszcze nigdy nie byłam z nią na zawodach, a tu nagle takie miłe zaskoczenie. Zaczęłam czuć, że coraz bardziej podoba mi się w tej szkole.
Ale co do tego, że dni są męczące, moje zdanie pozostaje takie samo, pomyślałam.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Od Peggy - Poniedziałek #1

Z przeciągłym ziewnięciem usiadłam na łóżku. Było jeszcze ciemno. W sumie czemu się dziwić; zimą jasno robi się dopiero koło siódmej. Mimo wszystko spojrzałam na zegarek. Miałam całe półtorej godziny, aby przygotować się na poranny trening - nasz pierwszy w tej Akademii. Nie jeździłam tu jeszcze na Grande. Od soboty minęły dwa dni; przez ten czas dałam jej możliwość zaaklimatyzowania się. Oczywiście zaglądałam do niej, i to dosyć często.
Wstałam i poszłam do swojej "kuchni", jeśli można to tak nazwać. Cóż, w Akademii można było wykupić trzy posiłki, ale o wiele taniej wychodziło kupić same obiady, a śniadania i kolacje przygotowywać sobie w pokoju. Wyposażyłam się więc w małą lodówkę i mikrofalówkę.
Dzisiaj zdecydowałam się na płatki - im mniej czasu zajmie mi przygotowywanie i jedzenie śniadania, tym więcej czasu będę miała na rozgrzewkę, pomyślałam. Podgrzałam sobie mleko, a następnie wsypałam płatki. Dość szybko zjadłam śniadanie. Następnie poszłam do łazienki. Umyłam zęby i uczesałam się. Typowa poranna rutyna, co tu gadać. Ubrałam brązową bluzę z napisem "CHOCO" i białe bryczesy z czarnym lejem - chciałam wyglądać szykownie na pierwszym treningu. Następnie włożyłam czarną pikowaną kamizelkę oraz oficerki i wyszłam, zamykając pokój porządnie na klucz.
Weszłam do stajni i od razu skierowałam się w stronę boksu Grandzi. Stała spokojnie, drzemiąc sobie.
- Hej, budzimy się - powiedziałam i zdjęłam kantar z haczyka. Grande otworzyła oczy i wystawiła do mnie łeb. Pogłaskałam ją i weszłam do boksu, aby założyć jej kantar. Klacz uniosła głowę do góry. Wyglądała przy tym komicznie.
- No i co to ma być? - spytałam.
Po chwili wyprowadziłam ją z boksu i przypięłam do rozpinek. Oporządzanie nie zajęło mi długo, bo czyściłam ją wieczorem poprzedniego dnia.
Przypomniałam sobie, że dzisiaj zapowiadał się trening ujeżdżeniowy. Wzięłam więc z siodlarni siodło wszechstronne o profilu ujeżdżeniowym, ogłowie, wytok i fioletowy czaprak ujeżdżeniowy, z którym miałam w zestawie nauszniki - je także ze sobą zabrałam. Nie mam pojęcia, jak to wszystko zaniosłam.
Osiodłałam klacz i spojrzałam na telefon. Miałam dwadzieścia minut na rozgrzewkę. Zaprowadziłam ją na halę i wsiadłam.
Zaczęłam od spokojnego stępa, a po kilku kółkach ruszyłam kłusem. Grande była dzisiaj dosyć sztywna. Pomyślałam, że mogłam ją wcześniej zapoznać z halą, żeby później się nie spłoszyła.
Zrobiłam z nią kilka wolt, próbując ją rozluźnić - na szczęście się udało. Następnie poczułam, że klacz jest już rozgrzana. Poprosiłam ją więc o galop. Zaczęłyśmy robić przekątne w galopie, wraz z lotną na środku. Po paru minutach przeszłam do stępa.
Nagle drzwi hali otworzyły się. Stanęła w nich wysoka kobieta z włosami pofarbowanymi na blond, która wyglądała na trzydziesto-paro latkę. Miała na sobie niebieski polar. Prowadziła wałacha, który był podobny do Grande Montagne; miał jednak inne odmiany na głowie i był trochę niższy. Podjechałam bliżej.
- Dzień dobry - powiedziałam.
- Dzień dobry - odpowiedziała kobieta. - Jestem Violet Thomson i będę twoją instruktorką. A to mój koń, Egyption Wind.
To powiedziawszy, uśmiechnęła się do mnie.
- Ja mam na imię Peggy, a to jest Grande Montagne - odparłam. Klacz w odpowiedzi kiwnęła głową.
- Cóż, w twojej grupie jesteś na razie tylko ty - ciągnęła. - W związku z tym będziesz miała indywidualny trening. Wzięłam jednak Wind'a, będę jeździć razem z tobą, obserwując cię. Gotowa?
- Gotowa! - powiedziałam i ruszyłam stępem.
Pani Thomson wsiadła na swojego wałacha i zaczęła jeździć wolnym stępem po ujeżdżalni. Prawie cały czas miała mnie na oku.
- Dłonie trochę do przodu - usłyszałam. Wykonałam polecenie.
Po kilku kółkach instruktorka powiedziała:
- Dobrze, wystarczy. Podejdź do mnie.
Skręciłam Grande i podjechałam do niej.
- Masz ładny dosiad i dobrą pracę łydek, ale powinnaś poćwiczyć nad rękami. Są ważne w ujeżdżeniu.
Kiwnęłam głową i spojrzałam na swoje dłonie. Jak dla mnie wszystko było z nimi okej.
- Dobrze, zaczynajmy trening. Dzisiaj chciałabym sprawdzić twoje umiejętności - powiedziała pani Thomson. - Proszę, rusz kłusem ćwiczebnym.
Wjechałam na ścieżkę i przycisnęłam łydki do boków Grande. Klacz od razu ruszyła kłusem. Siedziałam przyklejona do siodła, pilnując dłoni i starając się nie odstawiać palców stóp.
- Galop! - usłyszałam nagle.
Ruszyłam galopem. Skróciłam odrobinę wodze, czując że klacz trochę za bardzo się rozpędza.
- Dobrze, nie pozwól jej - powiedziała instruktorka, kłusując za mną.
Po chwili otrzymałyśmy komendę "do stępa".
- To było proste - oznajmiła pani Thomson. Jakbym nie wiedziała. - Teraz przejdziemy do trochę trudniejszych rzeczy. Zmień kierunek i pokaż mi ustępowanie od łydki w kłusie.
To też nie było dla mnie trudnym zadaniem. Wykonałam je bezbłędnie, a Grande pięknie się zganaszowała. Moja mama często z nią pracowała, przez co klacz stała się świetnym koniem ujeżdżeniowym. Jednak z WKKW też nie była najgorsza, więc chciałam kształcić ją w tym kierunku.
- Bardzo ładnie, a teraz rusz kontrgalopem.
Przełknęłam ślinę. Rzadko to ćwiczyłam. Mimo, że Grande na pewno to umiała, to mi niezbyt to wychodziło.
Ruszając galopem, przesunęłam łydki tak, aby klacz od razu ruszyła na złą nogę. Grande jednak tylko szarpnęła głową i przyspieszyła kłusa.
- Prawa bardziej do przodu, ustaw ciało tak jak powinno być!
Po kilku uwagach instruktorki klacz ruszyła kontrgalopem. Nigdy nie lubiłam tego elementu ujeżdżenia; kontrgalop był znacznie mniej wygodny niż zwykły galop.
- A teraz lotna.
Zmieniłam nogę klaczy. Jechała teraz na dobrą.
Przejechaliśmy jedno kółko, po czym usłyszałam:
- Bardzo dobrze sobie poradziłaś. Teraz spróbuj jechać galopem zebranym.
Skróciłam wodze, pilnując klacz łydkami. Grande zganaszowała się i zebrała. Uśmiechnęłam się.
- Bardzo dobrze! - powiedziała pani Thomson. - Na koniec przejdź do kłusa i wyjmij nogi ze strzemion. Zrobisz sobie kilka kółek w kłusie anglezowanym. Westchnęłam cicho. Dobra, lepszy anglezowany bez strzemion niż półsiad bez strzemion, pocieszyłam się i ruszyłam kłusem.
- Wystarczy. Możesz przejść do stępa.
- Prrt - powiedziałam i odchyliłam się do tyłu. Pyśka przeszła do stępa, a ja puściłam luźno wodze i przeciągnęłam się w siodle. Mimo, że trenowałam tylko godzinę, to i tak byłam wykończona.

C.D.N.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Od Peggy - Mój przyjazd

Zamrugałam oczami. Chwila, dzisiaj sobota? Po chwili uświadomiłam sobie: tak, to dzisiaj jest mój wielki dzień. Dzisiaj miałam pojechać do Akademii Spring Paddock.
Z chęcią wstałam i ubrałam się. Wybrałam spodnie dresowe, ponieważ i tak za chwilę miałam iść do stajni. Po drodze skoczyłam do kuchni po pajdę z masłem. Włożyłam na siebie kurtkę i wyszłam.
- Cześć, mamo! - krzyknęłam, przechodząc obok mojej mamy, która akurat prowadziła Zanzibara, swojego ulubionego konia.
- Peg, jedziemy za dwie godziny, więc przygotuj siebie i konia.
Zatrzymałam się i wyjęłam z kieszeni telefon, aby sprawdzić godzinę.
- Ok - odparłam.
Postanowiłam najpierw zajrzeć do Grande.
Grande Montagne to klacz mojej mamy, ale ostatnimi czasy bardzo często ja na niej trenuję, całkiem dobrze się dogadujemy i moja mama pozwoliła mi ją ze sobą zabrać.
- Cześć, Pyśka! - powiedziałam radośnie, zaglądając do boksu klaczy.
Grande leżała na słomie i miała na wszystko wywalone.
Otworzyłam drzwi boksu i weszłam do środka. Klacz spojrzała na mnie.
- W porządku? - spytałam i usiadłam obok niej. Pogłaskałam ją po chrapach, drugą ręką bawiąc się źdźbłem słomy.
Ach, no tak, powinnam się szykować. Postanowiłam najpierw wyczyścić konia.
Wstałam i zdjęłam z haczyka kantar.
- Grande, wstań! - powiedziałam, klepiąc ją w łopatkę. Klacz parsknęła i podniosła się. Podeszła bliżej do mnie. Założyłam jej kantar, przypięłam do niego uwiąz i wyprowadziłam Pysię przed stajnię. Tam przywiązałam ją do płotu i zaczęłam czyścić. Wzięłam gumowe zgrzebło i rozkleiłam zaschnięte błoto na brzuchu klaczy. Miękką szczotką strzepałam z niej kurz, a potem wyczyściłam jej nogi i głowę. Następnie wzięłam grzebień i rozczesałam jej grzywę i ogon. Odłożyłam szczotkę i spojrzałam na Grande, ocierając ręką pot z czoła. Pokiwałam głową zadowolona.
- Pięknie, księżniczko - powiedziałam, na co klacz parsknęła zadowolona. - Zostały tylko kopytka.
Wzięłam kopystkę i po kolei wyczyściłam jej wszystkie kopyta. Następnie pozbierałam do skrzynki wszystkie szczotki.
Rozejrzałam się. Przyczepa była już przygotowana i otwarta, więc postanowiłam od razu wprowadzić do niej klacz.
- No, chodź - powiedziałam, lekko ciągnąc Grande za uwiąz. Postawiła uszy do góry i poszła za mną. Tuż przed przyczepą zatrzymała się i zatańczyła w miejscu.
- Nie rób scen - powiedziałam cicho. Po paru minutach klacz wreszcie weszła do przyczepy, chociaż bardziej trafne byłoby określenie "wbiegła". W środku natomiast już się uspokoiła. Przywiązałam ją do metalowego kółka, zostawiając sporo luzu, aby mogła swobodnie ruszać głową.
Wróciłam do domu i spojrzałam na zegarek. Poszłam się wykąpać i umyć włosy, a następnie ubrałam się. Na dzisiaj wybrałam szare bryczesy w czarną kratkę i granatowy sweter. Do tego założyłam mój naszyjnik. Spojrzałam w lustro. Super. Wysuszyłam włosy i ułożyłam je. Następnie poszłam do pokoju i zaczęłam sprawdzać, czy wszystko mam spakowane. Wyglądało jednak na to, że niczego nie brakuje.
- Peggy? - usłyszałam z innego pokoju.
- Tak?
- Zaraz jedziemy!
Wzięłam więc obie walizki i zaniosłam je do przedpokoju. Po drodze wyjęłam z lodówki marchewkę i wepchnęłam ją do kieszeni.
Włożyłam na siebie kurtkę i wyszłam.
Przyczepa była jeszcze otwarta, więc weszłam powoli do środka, aby nie spłoszyć Grande.
- Pyśka, patrz co mam.
Wyciągnęłam do niej rękę z marchewką i dałam jej ugryźć większy kawałek, a resztę zjadłam sama. Poklepałam klacz po szyi.
- Bedziemy na miejscu za trzy godziny - poinformowałam ją.
Następnie wyszłam z przyczepy i pomogłam mamie ją zamknąć. Wsiadłam do auta.
***
Rozejrzałam się, kiedy moja mama zatrzymała auto z przyczepą. Wysiadłam z auta i wyjęłam z bagażnika walizki.
- Idź się dowiedz, gdzie masz pokój i odnieś te walizki - powiedziała.
- Mamo, jestem dorosła. Dobrze wiem, co mam zrobić - odparłam.
Wzięłam bagaże i ruszyłam w kierunku budynku, który widziałam na stronie internetowej Akademii. Czułam na sobie wzrok mamy.
Weszłam do budynku i rozejrzałam się. Zauważyłam jakiś gabinet, ale nikogo tam nie było.
- Dzień dobry? - powiedziałam głośno. Z jakiegoś pomieszczenia wyszła wysoka kobieta z miłym uśmiechem i weszła do gabinetu. Na oko można było stwierdzić, że ma nie więcej niż czterdzieści lat.
- Witam! - powiedziała wesoło. - Miło mi cię poznać. Nazywam się Suzanne i jestem opiekunką internatu.
- Dzień dobry - powtórzyłam. - nazywam się Peggy Collins. Gdzie jest mój pokój?
- Zaprowadzę cię - odparła kobieta i podała mi kluczyk do pokoju. Weszłam za nią po schodach. Zatrzymałyśmy się przy jednych drzwiach.
- To tutaj - powiedziała pani Suz. Tak, właśnie tak ją będę nazywać, pomyślałam.
Otworzyłam drzwi i rozejrzałam się.
- Całkiem fajny pokój - odparłam. Rzeczywiście, podobał mi się, mimo że były tam tylko meble.
- Możesz poprzestawiać meble i dokupić jakieś dekoracje. Nie wolno ci jednak malować ścian i przyklejać tapet - powiedziała. - No, ja już muszę lecieć. Jak będziesz miała jakieś pytania, to zapraszam do mnie.
- Eee... Dziękuję - odparłam.
Kobieta odeszła, a ja zostawiłam w pokoju walizki i wróciłam na parking. Mojej mamy tam jeszcze nie było, więc postanowiłam zaprowadzić Grande Montagne do boksu. Oczywiście nie miałam zielonego pojęcia, gdzie znajduje się stajnia. Po chwili jednak ogarnęłam, że prawdopodobnie jest położona za internatem, w parku.
Otworzyłam przyczepę. Klacz zarżała i podskoczyła.
- Ups. Nie chciałam cię wystraszyć - powiedziałam i podeszłam do niej. Kiedy mnie zobaczyła, uspokoiła się. Odwiązałam ją i popchnęłam, aby wycofała się z przyczepy. Posłusznie wykonała moje polecenie, chociaż wolałam, aby zrobiła to spokojniejszym stępem.
- No to idziemy - powiedziałam i zaprowadziłam ją tam, gdzie przypuszczałam położenie stajni.
Jak się okazało, nie myliłam się. Stajnia rzeczywiście tam stała i była dosyć duża; liczyła dwadzieścia boksów, chociaż były tam tylko trzy konie. Wreszcie znalazłam miedzianą tabliczkę z napisem "Grande Montagne". Otworzyłam drzwi boksu i wpuściłam tam klacz. Pyśka jednak nie chciała tam wejść. Ogólnie cały nowy teren ją przerażał. Wciąż w jej oczach dostrzegałam strach.
- Hej, spokojnie Crazy - powiedziałam, głaszcząc ją po szyi. Wypuściła głośno powietrze. Ponowiłam próbę wprowadzenia ją do boksu i tym razem się udało.
- Przyzwyczajaj się, to twój nowy dom - powiedziałam, wkładając rękę do kieszeni w poszukiwaniu przysmaków. Wreszcie znalazłam jeden. - O, proszę księżniczko.
Grande uwielbia, kiedy tak do niej mówię. Czuje się wtedy... wyróżniona.
- Muszę iść. Przyjdę do ciebie wieczorem - powiedziałam i pocałowałam ją w czoło.
Musiałam jeszcze zanieść rzeczy do siodlarni i pożegnać się z mamą. Wyszłam ze stajni.
- Peg! Wszędzie cię szukam!
Moja mama akurat szła w kierunku stajni.
- Nie było cię, więc postanowiłam zaprowadzić Grande do boksu - odparłam.
- Już, już. Byłam w sekretariacie. Wejdę zobaczyć stajnię.
- Mamo, daj mi klucze od auta - powiedziałam.
- Proszę.
Wróciłam na parking i wyjęłam z auta wszystkie rzeczy do jazdy. Nie ukrywam, było tego dosyć sporo - siodło, ogłowie, napierśnik, dwie pary nauszników, ochraniacze, trzy czapraki, szczotki, moje zapasowe rzeczy do jazdy i wiele innych klamotów. NaZamrugałam oczami. Chwila, dzisiaj sobota? Po chwili uświadomiłam sobie: tak, to dzisiaj jest mój wielki dzień. Dzisiaj miałam pojechać do Akademii Spring Paddock.
Z chęcią wstałam i ubrałam się. Wybrałam spodnie dresowe, ponieważ i tak za chwilę miałam iść do stajni. Po drodze skoczyłam do kuchni po pajdę z masłem. Włożyłam na siebie kurtkę i wyszłam.
- Cześć, mamo! - krzyknęłam, przechodząc obok mojej mamy, która akurat prowadziła Zanzibara, swojego ulubionego konia.
- Peg, jedziemy za dwie godziny, więc przygotuj siebie i konia.
Zatrzymałam się i wyjęłam z kieszeni telefon, aby sprawdzić godzinę.
- Ok - odparłam.
Postanowiłam najpierw zajrzeć do Grande.
Grande Montagne to klacz mojej mamy, ale ostatnimi czasy bardzo często ja na niej trenuję, całkiem dobrze się dogadujemy i moja mama pozwoliła mi ją ze sobą zabrać.
- Cześć, Pyśka! - powiedziałam radośnie, zaglądając do boksu klaczy.
Grande leżała na słomie i miała na wszystko wywalone.
Otworzyłam drzwi boksu i weszłam do środka. Klacz spojrzała na mnie.
- W porządku? - spytałam i usiadłam obok niej. Pogłaskałam ją po chrapach, drugą ręką bawiąc się źdźbłem słomy.
Ach, no tak, powinnam się szykować. Postanowiłam najpierw wyczyścić konia.
Wstałam i zdjęłam z haczyka kantar.
- Grande, wstań! - powiedziałam, klepiąc ją w łopatkę. Klacz parsknęła i podniosła się. Podeszła bliżej do mnie. Założyłam jej kantar, przypięłam do niego uwiąz i wyprowadziłam Pysię przed stajnię. Tam przywiązałam ją do płotu i zaczęłam czyścić. Wzięłam gumowe zgrzebło i rozkleiłam zaschnięte błoto na brzuchu klaczy. Miękką szczotką strzepałam z niej kurz, a potem wyczyściłam jej nogi i głowę. Następnie wzięłam grzebień i rozczesałam jej grzywę i ogon. Odłożyłam szczotkę i spojrzałam na Grande, ocierając ręką pot z czoła. Pokiwałam głową zadowolona.
- Pięknie, księżniczko - powiedziałam, na co klacz parsknęła zadowolona. - Zostały tylko kopytka.
Wzięłam kopystkę i po kolei wyczyściłam jej wszystkie kopyta. Następnie pozbierałam do skrzynki wszystkie szczotki.
Rozejrzałam się. Przyczepa była już przygotowana i otwarta, więc postanowiłam od razu wprowadzić do niej klacz.
- No, chodź - powiedziałam, lekko ciągnąc Grande za uwiąz. Postawiła uszy do góry i poszła za mną. Tuż przed przyczepą zatrzymała się i zatańczyła w miejscu.
- Nie rób scen - powiedziałam cicho. Po paru minutach klacz wreszcie weszła do przyczepy, chociaż bardziej trafne byłoby określenie "wbiegła". W środku natomiast już się uspokoiła. Przywiązałam ją do metalowego kółka, zostawiając sporo luzu, aby mogła swobodnie ruszać głową.
Wróciłam do domu i spojrzałam na zegarek. Poszłam się wykąpać i umyć włosy, a następnie ubrałam się. Na dzisiaj wybrałam szare bryczesy w czarną kratkę i granatowy sweter. Do tego założyłam mój naszyjnik. Spojrzałam w lustro. Super. Wysuszyłam włosy i ułożyłam je. Następnie poszłam do pokoju i zaczęłam sprawdzać, czy wszystko mam spakowane. Wyglądało jednak na to, że niczego nie brakuje.
- Peggy? - usłyszałam z innego pokoju.
- Tak?
- Zaraz jedziemy!
Wzięłam więc obie walizki i zaniosłam je do przedpokoju. Po drodze wyjęłam z lodówki marchewkę i wepchnęłam ją do kieszeni.
Włożyłam na siebie kurtkę i wyszłam.
Przyczepa była jeszcze otwarta, więc weszłam powoli do środka, aby nie spłoszyć Grande.
- Pyśka, patrz co mam.
Wyciągnęłam do niej rękę z marchewką i dałam jej ugryźć większy kawałek, a resztę zjadłam sama. Poklepałam klacz po szyi.
- Bedziemy na miejscu za trzy godziny - poinformowałam ją.
Następnie wyszłam z przyczepy i pomogłam mamie ją zamknąć. Wsiadłam do auta.
***
Rozejrzałam się, kiedy moja mama zatrzymała auto z przyczepą. Wysiadłam z auta i wyjęłam z bagażnika walizki.
- Idź się dowiedz, gdzie masz pokój i odnieś te walizki - powiedziała.
- Mamo, jestem dorosła. Dobrze wiem, co mam zrobić - odparłam.
Wzięłam bagaże i ruszyłam w kierunku budynku, który widziałam na stronie internetowej Akademii. Czułam na sobie wzrok mamy.
Weszłam do budynku i rozejrzałam się. Zauważyłam jakiś gabinet, ale nikogo tam nie było.
- Dzień dobry? - powiedziałam głośno. Z jakiegoś pomieszczenia wyszła wysoka kobieta z miłym uśmiechem i weszła do gabinetu. Na oko można było stwierdzić, że ma nie więcej niż czterdzieści lat.
- Witam! - powiedziała wesoło. - Miło mi cię poznać. Nazywam się Suzanne i jestem opiekunką internatu.
- Dzień dobry - powtórzyłam. - nazywam się Peggy Collins. Gdzie jest mój pokój?
- Zaprowadzę cię - odparła kobieta i podała mi kluczyk do pokoju. Weszłam za nią po schodach. Zatrzymałyśmy się przy jednych drzwiach.
- To tutaj - powiedziała pani Suz. Tak, właśnie tak ją będę nazywać, pomyślałam.
Otworzyłam drzwi i rozejrzałam się.
- Całkiem fajny pokój - odparłam. Rzeczywiście, podobał mi się, mimo że były tam tylko meble.
- Możesz poprzestawiać meble i dokupić jakieś dekoracje. Nie wolno ci jednak malować ścian i przyklejać tapet - powiedziała. - No, ja już muszę lecieć. Jak będziesz miała jakieś pytania, to zapraszam do mnie.
- Eee... Dziękuję - odparłam.
Kobieta odeszła, a ja zostawiłam w pokoju walizki i wróciłam na parking. Mojej mamy tam jeszcze nie było, więc postanowiłam zaprowadzić Grande Montagne do boksu. Oczywiście nie miałam zielonego pojęcia, gdzie znajduje się stajnia. Po chwili jednak ogarnęłam, że prawdopodobnie jest położona za internatem, w parku.
Otworzyłam przyczepę. Klacz zarżała i podskoczyła.
- Ups. Nie chciałam cię wystraszyć - powiedziałam i podeszłam do niej. Kiedy mnie zobaczyła, uspokoiła się. Odwiązałam ją i popchnęłam, aby wycofała się z przyczepy. Posłusznie wykonała moje polecenie, chociaż wolałam, aby zrobiła to spokojniejszym stępem.
- No to idziemy - powiedziałam i zaprowadziłam ją tam, gdzie przypuszczałam położenie stajni.
Jak się okazało, nie myliłam się. Stajnia rzeczywiście tam stała i była dosyć duża; liczyła dwadzieścia boksów, chociaż były tam tylko trzy konie. Wreszcie znalazłam miedzianą tabliczkę z napisem "Grande Montagne". Otworzyłam drzwi boksu i wpuściłam tam klacz. Pyśka jednak nie chciała tam wejść. Ogólnie cały nowy teren ją przerażał. Wciąż w jej oczach dostrzegałam strach.
- Hej, spokojnie Crazy - powiedziałam, głaszcząc ją po szyi. Wypuściła głośno powietrze. Ponowiłam próbę wprowadzenia ją do boksu i tym razem się udało.
- Przyzwyczajaj się, to twój nowy dom - powiedziałam, wkładając rękę do kieszeni w poszukiwaniu przysmaków. Wreszcie znalazłam jeden. - O, proszę księżniczko.
Grande uwielbia, kiedy tak do niej mówię. Czuje się wtedy... wyróżniona.
- Muszę iść. Przyjdę do ciebie wieczorem - powiedziałam i pocałowałam ją w czoło.
Musiałam jeszcze zanieść rzeczy do siodlarni i pożegnać się z mamą. Wyszłam ze stajni.
- Peg! Wszędzie cię szukam!
Moja mama akurat szła w kierunku stajni.
- Nie było cię, więc postanowiłam zaprowadzić Grande do boksu - odparłam.
- Już, już. Byłam w sekretariacie. Wejdę zobaczyć stajnię.
- Mamo, daj mi klucze od auta - powiedziałam.
- Proszę.
Wróciłam na parking i wyjęłam z auta wszystkie rzeczy do jazdy. Nie ukrywam, było tego dosyć sporo - siodło, ogłowie, napierśnik, dwie pary nauszników, ochraniacze, trzy czapraki, szczotki, moje zapasowe rzeczy do jazdy i wiele innych klamotów. Na pewno będę musiała zanieść to na raty, pomyślałam.

***

- Pa, mamo - powiedziałam i przytuliłam się. Dawno tego nie robiłam. - Przyjadę w ferie.
- Mam taką nadzieję - odparła mama. - Do zobaczenia!
- Cześć!
Patrzyłam chwilę, jak auto mamy z pustą przyczepą odjeżdża z parkingu, po czym wróciłam do internatu, aby się wypakować.

niedziela, 6 stycznia 2019

Peggy i Grande Montagne!

Chciałabym powitać siebie! xD

A tak na serio, do Akademii dołącza pierwsza uczennica - Peggy Collins - wraz z Grande Montagne.
Powitajmy ich!

Podobny obraz  Znalezione obrazy dla zapytania hanoverian horse
                  klik                                  klik

Pozdrawiam!
Mokacz :3