Zamrugałam oczami.
Chwila, dzisiaj sobota? Po chwili uświadomiłam sobie: tak, to dzisiaj jest mój wielki dzień. Dzisiaj miałam pojechać do Akademii Spring Paddock.
Z chęcią wstałam i ubrałam się. Wybrałam spodnie dresowe, ponieważ i tak za chwilę miałam iść do stajni. Po drodze skoczyłam do kuchni po pajdę z masłem. Włożyłam na siebie kurtkę i wyszłam.
- Cześć, mamo! - krzyknęłam, przechodząc obok mojej mamy, która akurat prowadziła Zanzibara, swojego ulubionego konia.
- Peg, jedziemy za dwie godziny, więc przygotuj siebie i konia.
Zatrzymałam się i wyjęłam z kieszeni telefon, aby sprawdzić godzinę.
- Ok - odparłam.
Postanowiłam najpierw zajrzeć do Grande.
Grande Montagne to klacz mojej mamy, ale ostatnimi czasy bardzo często ja na niej trenuję, całkiem dobrze się dogadujemy i moja mama pozwoliła mi ją ze sobą zabrać.
- Cześć, Pyśka! - powiedziałam radośnie, zaglądając do boksu klaczy.
Grande leżała na słomie i miała na wszystko wywalone.
Otworzyłam drzwi boksu i weszłam do środka. Klacz spojrzała na mnie.
- W porządku? - spytałam i usiadłam obok niej. Pogłaskałam ją po chrapach, drugą ręką bawiąc się źdźbłem słomy.
Ach, no tak, powinnam się szykować. Postanowiłam najpierw wyczyścić konia.
Wstałam i zdjęłam z haczyka kantar.
- Grande, wstań! - powiedziałam, klepiąc ją w łopatkę. Klacz parsknęła i podniosła się. Podeszła bliżej do mnie. Założyłam jej kantar, przypięłam do niego uwiąz i wyprowadziłam Pysię przed stajnię. Tam przywiązałam ją do płotu i zaczęłam czyścić. Wzięłam gumowe zgrzebło i rozkleiłam zaschnięte błoto na brzuchu klaczy. Miękką szczotką strzepałam z niej kurz, a potem wyczyściłam jej nogi i głowę. Następnie wzięłam grzebień i rozczesałam jej grzywę i ogon. Odłożyłam szczotkę i spojrzałam na Grande, ocierając ręką pot z czoła. Pokiwałam głową zadowolona.
- Pięknie, księżniczko - powiedziałam, na co klacz parsknęła zadowolona. - Zostały tylko kopytka.
Wzięłam kopystkę i po kolei wyczyściłam jej wszystkie kopyta. Następnie pozbierałam do skrzynki wszystkie szczotki.
Rozejrzałam się. Przyczepa była już przygotowana i otwarta, więc postanowiłam od razu wprowadzić do niej klacz.
- No, chodź - powiedziałam, lekko ciągnąc Grande za uwiąz. Postawiła uszy do góry i poszła za mną. Tuż przed przyczepą zatrzymała się i zatańczyła w miejscu.
- Nie rób scen - powiedziałam cicho. Po paru minutach klacz wreszcie weszła do przyczepy, chociaż bardziej trafne byłoby określenie "wbiegła". W środku natomiast już się uspokoiła. Przywiązałam ją do metalowego kółka, zostawiając sporo luzu, aby mogła swobodnie ruszać głową.
Wróciłam do domu i spojrzałam na zegarek. Poszłam się wykąpać i umyć włosy, a następnie ubrałam się. Na dzisiaj wybrałam szare bryczesy w czarną kratkę i granatowy sweter. Do tego założyłam mój naszyjnik. Spojrzałam w lustro.
Super. Wysuszyłam włosy i ułożyłam je. Następnie poszłam do pokoju i zaczęłam sprawdzać, czy wszystko mam spakowane. Wyglądało jednak na to, że niczego nie brakuje.
- Peggy? - usłyszałam z innego pokoju.
- Tak?
- Zaraz jedziemy!
Wzięłam więc obie walizki i zaniosłam je do przedpokoju. Po drodze wyjęłam z lodówki marchewkę i wepchnęłam ją do kieszeni.
Włożyłam na siebie kurtkę i wyszłam.
Przyczepa była jeszcze otwarta, więc weszłam powoli do środka, aby nie spłoszyć Grande.
- Pyśka, patrz co mam.
Wyciągnęłam do niej rękę z marchewką i dałam jej ugryźć większy kawałek, a resztę zjadłam sama. Poklepałam klacz po szyi.
- Bedziemy na miejscu za trzy godziny - poinformowałam ją.
Następnie wyszłam z przyczepy i pomogłam mamie ją zamknąć. Wsiadłam do auta.
***
Rozejrzałam się, kiedy moja mama zatrzymała auto z przyczepą. Wysiadłam z auta i wyjęłam z bagażnika walizki.
- Idź się dowiedz, gdzie masz pokój i odnieś te walizki - powiedziała.
- Mamo, jestem dorosła. Dobrze wiem, co mam zrobić - odparłam.
Wzięłam bagaże i ruszyłam w kierunku budynku, który widziałam na stronie internetowej Akademii. Czułam na sobie wzrok mamy.
Weszłam do budynku i rozejrzałam się. Zauważyłam jakiś gabinet, ale nikogo tam nie było.
- Dzień dobry? - powiedziałam głośno. Z jakiegoś pomieszczenia wyszła wysoka kobieta z miłym uśmiechem i weszła do gabinetu. Na oko można było stwierdzić, że ma nie więcej niż czterdzieści lat.
- Witam! - powiedziała wesoło. - Miło mi cię poznać. Nazywam się Suzanne i jestem opiekunką internatu.
- Dzień dobry - powtórzyłam. - nazywam się Peggy Collins. Gdzie jest mój pokój?
- Zaprowadzę cię - odparła kobieta i podała mi kluczyk do pokoju. Weszłam za nią po schodach. Zatrzymałyśmy się przy jednych drzwiach.
- To tutaj - powiedziała pani Suz.
Tak, właśnie tak ją będę nazywać, pomyślałam.
Otworzyłam drzwi i rozejrzałam się.
- Całkiem fajny pokój - odparłam. Rzeczywiście, podobał mi się, mimo że były tam tylko meble.
- Możesz poprzestawiać meble i dokupić jakieś dekoracje. Nie wolno ci jednak malować ścian i przyklejać tapet - powiedziała. - No, ja już muszę lecieć. Jak będziesz miała jakieś pytania, to zapraszam do mnie.
- Eee... Dziękuję - odparłam.
Kobieta odeszła, a ja zostawiłam w pokoju walizki i wróciłam na parking. Mojej mamy tam jeszcze nie było, więc postanowiłam zaprowadzić Grande Montagne do boksu. Oczywiście nie miałam zielonego pojęcia, gdzie znajduje się stajnia. Po chwili jednak ogarnęłam, że prawdopodobnie jest położona za internatem, w parku.
Otworzyłam przyczepę. Klacz zarżała i podskoczyła.
- Ups. Nie chciałam cię wystraszyć - powiedziałam i podeszłam do niej. Kiedy mnie zobaczyła, uspokoiła się. Odwiązałam ją i popchnęłam, aby wycofała się z przyczepy. Posłusznie wykonała moje polecenie, chociaż wolałam, aby zrobiła to spokojniejszym stępem.
- No to idziemy - powiedziałam i zaprowadziłam ją tam, gdzie przypuszczałam położenie stajni.
Jak się okazało, nie myliłam się. Stajnia rzeczywiście tam stała i była dosyć duża; liczyła dwadzieścia boksów, chociaż były tam tylko trzy konie. Wreszcie znalazłam miedzianą tabliczkę z napisem "Grande Montagne". Otworzyłam drzwi boksu i wpuściłam tam klacz. Pyśka jednak nie chciała tam wejść. Ogólnie cały nowy teren ją przerażał. Wciąż w jej oczach dostrzegałam strach.
- Hej, spokojnie Crazy - powiedziałam, głaszcząc ją po szyi. Wypuściła głośno powietrze. Ponowiłam próbę wprowadzenia ją do boksu i tym razem się udało.
- Przyzwyczajaj się, to twój nowy dom - powiedziałam, wkładając rękę do kieszeni w poszukiwaniu przysmaków. Wreszcie znalazłam jeden. - O, proszę księżniczko.
Grande uwielbia, kiedy tak do niej mówię. Czuje się wtedy... wyróżniona.
- Muszę iść. Przyjdę do ciebie wieczorem - powiedziałam i pocałowałam ją w czoło.
Musiałam jeszcze zanieść rzeczy do siodlarni i pożegnać się z mamą. Wyszłam ze stajni.
- Peg! Wszędzie cię szukam!
Moja mama akurat szła w kierunku stajni.
- Nie było cię, więc postanowiłam zaprowadzić Grande do boksu - odparłam.
- Już, już. Byłam w sekretariacie. Wejdę zobaczyć stajnię.
- Mamo, daj mi klucze od auta - powiedziałam.
- Proszę.
Wróciłam na parking i wyjęłam z auta wszystkie rzeczy do jazdy. Nie ukrywam, było tego dosyć sporo - siodło, ogłowie, napierśnik, dwie pary nauszników, ochraniacze, trzy czapraki, szczotki, moje zapasowe rzeczy do jazdy i wiele innych klamotów. NaZamrugałam oczami. Chwila, dzisiaj sobota? Po chwili uświadomiłam sobie: tak, to dzisiaj jest mój wielki dzień. Dzisiaj miałam pojechać do Akademii Spring Paddock.
Z chęcią wstałam i ubrałam się. Wybrałam spodnie dresowe, ponieważ i tak za chwilę miałam iść do stajni. Po drodze skoczyłam do kuchni po pajdę z masłem. Włożyłam na siebie kurtkę i wyszłam.
- Cześć, mamo! - krzyknęłam, przechodząc obok mojej mamy, która akurat prowadziła Zanzibara, swojego ulubionego konia.
- Peg, jedziemy za dwie godziny, więc przygotuj siebie i konia.
Zatrzymałam się i wyjęłam z kieszeni telefon, aby sprawdzić godzinę.
- Ok - odparłam.
Postanowiłam najpierw zajrzeć do Grande.
Grande Montagne to klacz mojej mamy, ale ostatnimi czasy bardzo często ja na niej trenuję, całkiem dobrze się dogadujemy i moja mama pozwoliła mi ją ze sobą zabrać.
- Cześć, Pyśka! - powiedziałam radośnie, zaglądając do boksu klaczy.
Grande leżała na słomie i miała na wszystko wywalone.
Otworzyłam drzwi boksu i weszłam do środka. Klacz spojrzała na mnie.
- W porządku? - spytałam i usiadłam obok niej. Pogłaskałam ją po chrapach, drugą ręką bawiąc się źdźbłem słomy.
Ach, no tak, powinnam się szykować. Postanowiłam najpierw wyczyścić konia.
Wstałam i zdjęłam z haczyka kantar.
- Grande, wstań! - powiedziałam, klepiąc ją w łopatkę. Klacz parsknęła i podniosła się. Podeszła bliżej do mnie. Założyłam jej kantar, przypięłam do niego uwiąz i wyprowadziłam Pysię przed stajnię. Tam przywiązałam ją do płotu i zaczęłam czyścić. Wzięłam gumowe zgrzebło i rozkleiłam zaschnięte błoto na brzuchu klaczy. Miękką szczotką strzepałam z niej kurz, a potem wyczyściłam jej nogi i głowę. Następnie wzięłam grzebień i rozczesałam jej grzywę i ogon. Odłożyłam szczotkę i spojrzałam na Grande, ocierając ręką pot z czoła. Pokiwałam głową zadowolona.
- Pięknie, księżniczko - powiedziałam, na co klacz parsknęła zadowolona. - Zostały tylko kopytka.
Wzięłam kopystkę i po kolei wyczyściłam jej wszystkie kopyta. Następnie pozbierałam do skrzynki wszystkie szczotki.
Rozejrzałam się. Przyczepa była już przygotowana i otwarta, więc postanowiłam od razu wprowadzić do niej klacz.
- No, chodź - powiedziałam, lekko ciągnąc Grande za uwiąz. Postawiła uszy do góry i poszła za mną. Tuż przed przyczepą zatrzymała się i zatańczyła w miejscu.
- Nie rób scen - powiedziałam cicho. Po paru minutach klacz wreszcie weszła do przyczepy, chociaż bardziej trafne byłoby określenie "wbiegła". W środku natomiast już się uspokoiła. Przywiązałam ją do metalowego kółka, zostawiając sporo luzu, aby mogła swobodnie ruszać głową.
Wróciłam do domu i spojrzałam na zegarek. Poszłam się wykąpać i umyć włosy, a następnie ubrałam się. Na dzisiaj wybrałam szare bryczesy w czarną kratkę i granatowy sweter. Do tego założyłam mój naszyjnik. Spojrzałam w lustro. Super. Wysuszyłam włosy i ułożyłam je. Następnie poszłam do pokoju i zaczęłam sprawdzać, czy wszystko mam spakowane. Wyglądało jednak na to, że niczego nie brakuje.
- Peggy? - usłyszałam z innego pokoju.
- Tak?
- Zaraz jedziemy!
Wzięłam więc obie walizki i zaniosłam je do przedpokoju. Po drodze wyjęłam z lodówki marchewkę i wepchnęłam ją do kieszeni.
Włożyłam na siebie kurtkę i wyszłam.
Przyczepa była jeszcze otwarta, więc weszłam powoli do środka, aby nie spłoszyć Grande.
- Pyśka, patrz co mam.
Wyciągnęłam do niej rękę z marchewką i dałam jej ugryźć większy kawałek, a resztę zjadłam sama. Poklepałam klacz po szyi.
- Bedziemy na miejscu za trzy godziny - poinformowałam ją.
Następnie wyszłam z przyczepy i pomogłam mamie ją zamknąć. Wsiadłam do auta.
***
Rozejrzałam się, kiedy moja mama zatrzymała auto z przyczepą. Wysiadłam z auta i wyjęłam z bagażnika walizki.
- Idź się dowiedz, gdzie masz pokój i odnieś te walizki - powiedziała.
- Mamo, jestem dorosła. Dobrze wiem, co mam zrobić - odparłam.
Wzięłam bagaże i ruszyłam w kierunku budynku, który widziałam na stronie internetowej Akademii. Czułam na sobie wzrok mamy.
Weszłam do budynku i rozejrzałam się. Zauważyłam jakiś gabinet, ale nikogo tam nie było.
- Dzień dobry? - powiedziałam głośno. Z jakiegoś pomieszczenia wyszła wysoka kobieta z miłym uśmiechem i weszła do gabinetu. Na oko można było stwierdzić, że ma nie więcej niż czterdzieści lat.
- Witam! - powiedziała wesoło. - Miło mi cię poznać. Nazywam się Suzanne i jestem opiekunką internatu.
- Dzień dobry - powtórzyłam. - nazywam się Peggy Collins. Gdzie jest mój pokój?
- Zaprowadzę cię - odparła kobieta i podała mi kluczyk do pokoju. Weszłam za nią po schodach. Zatrzymałyśmy się przy jednych drzwiach.
- To tutaj - powiedziała pani Suz. Tak, właśnie tak ją będę nazywać, pomyślałam.
Otworzyłam drzwi i rozejrzałam się.
- Całkiem fajny pokój - odparłam. Rzeczywiście, podobał mi się, mimo że były tam tylko meble.
- Możesz poprzestawiać meble i dokupić jakieś dekoracje. Nie wolno ci jednak malować ścian i przyklejać tapet - powiedziała. - No, ja już muszę lecieć. Jak będziesz miała jakieś pytania, to zapraszam do mnie.
- Eee... Dziękuję - odparłam.
Kobieta odeszła, a ja zostawiłam w pokoju walizki i wróciłam na parking. Mojej mamy tam jeszcze nie było, więc postanowiłam zaprowadzić Grande Montagne do boksu. Oczywiście nie miałam zielonego pojęcia, gdzie znajduje się stajnia. Po chwili jednak ogarnęłam, że prawdopodobnie jest położona za internatem, w parku.
Otworzyłam przyczepę. Klacz zarżała i podskoczyła.
- Ups. Nie chciałam cię wystraszyć - powiedziałam i podeszłam do niej. Kiedy mnie zobaczyła, uspokoiła się. Odwiązałam ją i popchnęłam, aby wycofała się z przyczepy. Posłusznie wykonała moje polecenie, chociaż wolałam, aby zrobiła to spokojniejszym stępem.
- No to idziemy - powiedziałam i zaprowadziłam ją tam, gdzie przypuszczałam położenie stajni.
Jak się okazało, nie myliłam się. Stajnia rzeczywiście tam stała i była dosyć duża; liczyła dwadzieścia boksów, chociaż były tam tylko trzy konie. Wreszcie znalazłam miedzianą tabliczkę z napisem "Grande Montagne". Otworzyłam drzwi boksu i wpuściłam tam klacz. Pyśka jednak nie chciała tam wejść. Ogólnie cały nowy teren ją przerażał. Wciąż w jej oczach dostrzegałam strach.
- Hej, spokojnie Crazy - powiedziałam, głaszcząc ją po szyi. Wypuściła głośno powietrze. Ponowiłam próbę wprowadzenia ją do boksu i tym razem się udało.
- Przyzwyczajaj się, to twój nowy dom - powiedziałam, wkładając rękę do kieszeni w poszukiwaniu przysmaków. Wreszcie znalazłam jeden. - O, proszę księżniczko.
Grande uwielbia, kiedy tak do niej mówię. Czuje się wtedy... wyróżniona.
- Muszę iść. Przyjdę do ciebie wieczorem - powiedziałam i pocałowałam ją w czoło.
Musiałam jeszcze zanieść rzeczy do siodlarni i pożegnać się z mamą. Wyszłam ze stajni.
- Peg! Wszędzie cię szukam!
Moja mama akurat szła w kierunku stajni.
- Nie było cię, więc postanowiłam zaprowadzić Grande do boksu - odparłam.
- Już, już. Byłam w sekretariacie. Wejdę zobaczyć stajnię.
- Mamo, daj mi klucze od auta - powiedziałam.
- Proszę.
Wróciłam na parking i wyjęłam z auta wszystkie rzeczy do jazdy. Nie ukrywam, było tego dosyć sporo - siodło, ogłowie, napierśnik, dwie pary nauszników, ochraniacze, trzy czapraki, szczotki, moje zapasowe rzeczy do jazdy i wiele innych klamotów.
Na pewno będę musiała zanieść to na raty, pomyślałam.
***
- Pa, mamo - powiedziałam i przytuliłam się. Dawno tego nie robiłam. - Przyjadę w ferie.
- Mam taką nadzieję - odparła mama. - Do zobaczenia!
- Cześć!
Patrzyłam chwilę, jak auto mamy z pustą przyczepą odjeżdża z parkingu, po czym wróciłam do internatu, aby się wypakować.