poniedziałek, 14 stycznia 2019

Od Peggy - Poniedziałek #1

Z przeciągłym ziewnięciem usiadłam na łóżku. Było jeszcze ciemno. W sumie czemu się dziwić; zimą jasno robi się dopiero koło siódmej. Mimo wszystko spojrzałam na zegarek. Miałam całe półtorej godziny, aby przygotować się na poranny trening - nasz pierwszy w tej Akademii. Nie jeździłam tu jeszcze na Grande. Od soboty minęły dwa dni; przez ten czas dałam jej możliwość zaaklimatyzowania się. Oczywiście zaglądałam do niej, i to dosyć często.
Wstałam i poszłam do swojej "kuchni", jeśli można to tak nazwać. Cóż, w Akademii można było wykupić trzy posiłki, ale o wiele taniej wychodziło kupić same obiady, a śniadania i kolacje przygotowywać sobie w pokoju. Wyposażyłam się więc w małą lodówkę i mikrofalówkę.
Dzisiaj zdecydowałam się na płatki - im mniej czasu zajmie mi przygotowywanie i jedzenie śniadania, tym więcej czasu będę miała na rozgrzewkę, pomyślałam. Podgrzałam sobie mleko, a następnie wsypałam płatki. Dość szybko zjadłam śniadanie. Następnie poszłam do łazienki. Umyłam zęby i uczesałam się. Typowa poranna rutyna, co tu gadać. Ubrałam brązową bluzę z napisem "CHOCO" i białe bryczesy z czarnym lejem - chciałam wyglądać szykownie na pierwszym treningu. Następnie włożyłam czarną pikowaną kamizelkę oraz oficerki i wyszłam, zamykając pokój porządnie na klucz.
Weszłam do stajni i od razu skierowałam się w stronę boksu Grandzi. Stała spokojnie, drzemiąc sobie.
- Hej, budzimy się - powiedziałam i zdjęłam kantar z haczyka. Grande otworzyła oczy i wystawiła do mnie łeb. Pogłaskałam ją i weszłam do boksu, aby założyć jej kantar. Klacz uniosła głowę do góry. Wyglądała przy tym komicznie.
- No i co to ma być? - spytałam.
Po chwili wyprowadziłam ją z boksu i przypięłam do rozpinek. Oporządzanie nie zajęło mi długo, bo czyściłam ją wieczorem poprzedniego dnia.
Przypomniałam sobie, że dzisiaj zapowiadał się trening ujeżdżeniowy. Wzięłam więc z siodlarni siodło wszechstronne o profilu ujeżdżeniowym, ogłowie, wytok i fioletowy czaprak ujeżdżeniowy, z którym miałam w zestawie nauszniki - je także ze sobą zabrałam. Nie mam pojęcia, jak to wszystko zaniosłam.
Osiodłałam klacz i spojrzałam na telefon. Miałam dwadzieścia minut na rozgrzewkę. Zaprowadziłam ją na halę i wsiadłam.
Zaczęłam od spokojnego stępa, a po kilku kółkach ruszyłam kłusem. Grande była dzisiaj dosyć sztywna. Pomyślałam, że mogłam ją wcześniej zapoznać z halą, żeby później się nie spłoszyła.
Zrobiłam z nią kilka wolt, próbując ją rozluźnić - na szczęście się udało. Następnie poczułam, że klacz jest już rozgrzana. Poprosiłam ją więc o galop. Zaczęłyśmy robić przekątne w galopie, wraz z lotną na środku. Po paru minutach przeszłam do stępa.
Nagle drzwi hali otworzyły się. Stanęła w nich wysoka kobieta z włosami pofarbowanymi na blond, która wyglądała na trzydziesto-paro latkę. Miała na sobie niebieski polar. Prowadziła wałacha, który był podobny do Grande Montagne; miał jednak inne odmiany na głowie i był trochę niższy. Podjechałam bliżej.
- Dzień dobry - powiedziałam.
- Dzień dobry - odpowiedziała kobieta. - Jestem Violet Thomson i będę twoją instruktorką. A to mój koń, Egyption Wind.
To powiedziawszy, uśmiechnęła się do mnie.
- Ja mam na imię Peggy, a to jest Grande Montagne - odparłam. Klacz w odpowiedzi kiwnęła głową.
- Cóż, w twojej grupie jesteś na razie tylko ty - ciągnęła. - W związku z tym będziesz miała indywidualny trening. Wzięłam jednak Wind'a, będę jeździć razem z tobą, obserwując cię. Gotowa?
- Gotowa! - powiedziałam i ruszyłam stępem.
Pani Thomson wsiadła na swojego wałacha i zaczęła jeździć wolnym stępem po ujeżdżalni. Prawie cały czas miała mnie na oku.
- Dłonie trochę do przodu - usłyszałam. Wykonałam polecenie.
Po kilku kółkach instruktorka powiedziała:
- Dobrze, wystarczy. Podejdź do mnie.
Skręciłam Grande i podjechałam do niej.
- Masz ładny dosiad i dobrą pracę łydek, ale powinnaś poćwiczyć nad rękami. Są ważne w ujeżdżeniu.
Kiwnęłam głową i spojrzałam na swoje dłonie. Jak dla mnie wszystko było z nimi okej.
- Dobrze, zaczynajmy trening. Dzisiaj chciałabym sprawdzić twoje umiejętności - powiedziała pani Thomson. - Proszę, rusz kłusem ćwiczebnym.
Wjechałam na ścieżkę i przycisnęłam łydki do boków Grande. Klacz od razu ruszyła kłusem. Siedziałam przyklejona do siodła, pilnując dłoni i starając się nie odstawiać palców stóp.
- Galop! - usłyszałam nagle.
Ruszyłam galopem. Skróciłam odrobinę wodze, czując że klacz trochę za bardzo się rozpędza.
- Dobrze, nie pozwól jej - powiedziała instruktorka, kłusując za mną.
Po chwili otrzymałyśmy komendę "do stępa".
- To było proste - oznajmiła pani Thomson. Jakbym nie wiedziała. - Teraz przejdziemy do trochę trudniejszych rzeczy. Zmień kierunek i pokaż mi ustępowanie od łydki w kłusie.
To też nie było dla mnie trudnym zadaniem. Wykonałam je bezbłędnie, a Grande pięknie się zganaszowała. Moja mama często z nią pracowała, przez co klacz stała się świetnym koniem ujeżdżeniowym. Jednak z WKKW też nie była najgorsza, więc chciałam kształcić ją w tym kierunku.
- Bardzo ładnie, a teraz rusz kontrgalopem.
Przełknęłam ślinę. Rzadko to ćwiczyłam. Mimo, że Grande na pewno to umiała, to mi niezbyt to wychodziło.
Ruszając galopem, przesunęłam łydki tak, aby klacz od razu ruszyła na złą nogę. Grande jednak tylko szarpnęła głową i przyspieszyła kłusa.
- Prawa bardziej do przodu, ustaw ciało tak jak powinno być!
Po kilku uwagach instruktorki klacz ruszyła kontrgalopem. Nigdy nie lubiłam tego elementu ujeżdżenia; kontrgalop był znacznie mniej wygodny niż zwykły galop.
- A teraz lotna.
Zmieniłam nogę klaczy. Jechała teraz na dobrą.
Przejechaliśmy jedno kółko, po czym usłyszałam:
- Bardzo dobrze sobie poradziłaś. Teraz spróbuj jechać galopem zebranym.
Skróciłam wodze, pilnując klacz łydkami. Grande zganaszowała się i zebrała. Uśmiechnęłam się.
- Bardzo dobrze! - powiedziała pani Thomson. - Na koniec przejdź do kłusa i wyjmij nogi ze strzemion. Zrobisz sobie kilka kółek w kłusie anglezowanym. Westchnęłam cicho. Dobra, lepszy anglezowany bez strzemion niż półsiad bez strzemion, pocieszyłam się i ruszyłam kłusem.
- Wystarczy. Możesz przejść do stępa.
- Prrt - powiedziałam i odchyliłam się do tyłu. Pyśka przeszła do stępa, a ja puściłam luźno wodze i przeciągnęłam się w siodle. Mimo, że trenowałam tylko godzinę, to i tak byłam wykończona.

C.D.N.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz